Wesołych Świąt!
Autor: Konrad Wasylewski | Opublikowany w: kulinarne, Rodzinne, wypoczynekiedzę sobie w półmroku, obok na łóżku Monika, Leon biega jeszcze i nie chce się kłaść spać, a ja się zastanawiam od czego zacząć. Jak się znaleźliśmy u naszych przyjaciół w Dublinie? Zacznę od początku.
Dwa miesiące temu dostaliśmy od naszych przyjaciół zaproszenie spędzenia Świąt w Irlandii. Kupiłem bilety lotnicze i ustaliliśmy, że przylecimy 23 grudnia. Nasz lot stał do ostatniej chwili pod znakiem zapytania – wiadomo jak wygląda sytuacja pogodowa w Europie. Jednak dziś rano o 6 lotniska były otwarte. Wyruszyliśmy o 8 na lotnisko w Düsseldorfie. Dotarliśmy na czas, wsiedliśmy o 10 do samolotu, czekamy… pół godziny, 4 minut. Komunikat kapitana: lotnisko w Dublinie zamknięte z powodu śniegu. Odśnieżają. Czekamy kolejne pół godziny w samolocie – Leon jeszcze w miarę spokojny, czego nie można powiedzieć o pozostałych 5 maluchach na pokładzie. Komunikat kapitana: proszę opuścić pokład i czekać w terminalu. Wysiadamy, dostajemy 3 vouchery na jedzenie po 7 Eur, idziemy na obiad.
Po godzinie, jest 12:15 komunikat – prosimy wszystkich pasażerów do Dublina o NATYCHMIASTOWE stawienie się przy gate C41. Wszyscy pędzą, ubieramy się w biegu w kurtki i… czekamy 20 minut na autobus. W międzyczasie Leona cierpliwość dobiega końca, gorąco, tłum, czekamy niecierpliwie…
Wsiadamy do autobusu, przepełniony, 2 wózki z dziećmi więcej nie weszło. Suniemy przez 10 min powoli w kierunku samolotu. Stajemy przed samolotem i czekamy… 5 minut… 10 minut… ogrzewanie maksymalnie włączone, podajemy sobie Leona z rąk do rąk, pot się z nas leje, Leon pełną parą wyraża swoje niezadowolenie, w końcu krzyczę razem z innymi ludźmi, żeby kierowca wyłączył ogrzewanie co też z łaską robi. Stoimy dalej, kurtek nie da się ściągnąć bo w każdej chwili może otworzyć drzwi na mróz i „nagle” widzimy jak pan zaczyna pryskać schodki do samolotu jakimś płynem. Robi to bardzo dokładnie przez 10 minut, w międzyczasie uzupełniając zbiorniczek, następnie po kolejne minuty posypuje 10m drogi z autobusu do schodków, czekamy kolejne 10 minut, niektórzy pasażerowie prawie mdleją i kierowca puszcza tłum który z okrzykiem wali do samolotu. W samolocie dowiadujemy się, że jeszcze nie mamy pozwolenia na start, ale pilot „w razie czego” ściągnął nas już wcześniej na pokład. Kończą nam się pomysły na zabawianie Leona… Po GODZINIE (!!!) startujemy.
O 16:30 lądujemy w Dublinie, podjeżdżamy pod gate i czekamy… 5… 10… 15 minut. Dowiadujemy się że schodki są oblodzone, ale akurat nie ma nikogo kto mógłby je oczyścić bo wszyscy są zajęci odśnieżaniem lotniska!!! Czekamy kolejne 15 minut. Podchodzi dwóch panów, rozglądają się, po czym biorą dwa „pionki” gumowe, takie co stoją na ulicy, i odgarniają nimi ku ogólnemu pocieszeniu pasażerów schodki. Czeski film. Leon wychodzi z siebie… W końcu przychodzi ktoś z miotłą, czyści schody i wypuszczają nas.
Idziemy po bagaż, jest już po 17. Przy taśmach bagażowych widok jak z wojny, setki (!) bezpańskich walizek leży na ziemi, jedzie na taśmach, rozrzucone po całej strefie przylotów – podejrzewam że to bagaże z odwołanych lotów. Czekamy przy naszej taśmie, 10… 15… 20 minut. Monika wychodzi z Leonem bo dziecko już jest u kresu sił. Ja czekam dalej. Komunikat: Przepraszamy, ale zamarzł luk bagażowy i nie możemy go otworzyć – nasi inżynierowie pracują nad tym problemem. Ręce mi opadają, siadam i gram sobie przez kolejną godzinę (!) w Angry Birds.
O 18:30 wyjeżdżamy z lotniska.
Dlaczego to wszystko piszę? Chyba dla siebie… Najważniejsze, że dotarliśmy na miejsce. Gorzej już chyba być nie może. Dlatego życzymy wam znajomym i nieznajomym, gościom i stałym czytelnikom naszego bloga, przede wszystkim: Spokojnych, Radosnych, Rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, a także odpoczynku i naładowania akumulatorów na Nowy , 2011 rok!
Leonek, Monika i Konrad
P.S. Obiecane świąteczne pierniki Moniki.





Wpisy (RSS)